Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gra o tron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gra o tron. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 kwietnia 2015

35# Recenzja: George R.R. Martin - Uczta dla Wron. Cienie śmierci




Spoiler alert!



Po mocy wydarzeń z „Nawałnicy mieczy”, każdy czytelnik, który dał się panu Martinowi strącić z krzesła, oburzyć, poruszyć, zdenerwować i zachęcić oczekuje, że w kolejnej części będzie się działo co najmniej tyle samo i że będzie mógł, wciąż pełen napięcia, towarzyszyć swoim mniej i bardziej ulubionym postaciom w ich dalszej drodze i dalszych krokach w grze o tron Westeros. Lub o życie. Zależy od bohatera.

Co tym czasem daje nam pan Martin?

Żelaźni Ludzie stają w pogotowiu, oto bowiem ich władca – Balon Greyjoy – spadł do morza podczas sztormu, tym samym zwalniając miejsce na Tronie z Morskiego Kamienia, na którym niemal od razu spoczął zacny tyłek jego brata Eurona Wronie Oko. Lordowie nie wiedzą, co mają czynić – nie każdemu podoba się taki władca. A już na pewno nie Ashy Greyjoy, która jako córka zmarłego króla chce walczyć o dziedzictwo, które należy jej się po ojcu. Jej wuj, kapłan Aeron zwany Mokrą Czupryną również nie pała sympatią do Eurona. Szuka więc rady u swojego Utopionego Boga, a następnie zwołuje królewski wiec, którego na Wyspach nie było już od zarania dziejów.

Spokoju nie ma również w Dorne. Po tym, jak Czerwona Żmija zginął w walce z Górą, lud domaga się wojny i pomsty na Lannisterach. Powszechną nienawiść podburzają Żmijowe Bękarcice, nieprawe córki zmarłego księcia. Słaby i schorowany książę Doran, nie chce takiego rozwiązania, chociaż i on cierpi po śmierci brata.

Tywin Lannister zostaje zamordowany w wychodku przez swojego syna Tyriona, który następnie ucieka z zamku. Cersei próbuje skupić w swoich rękach całą władzę i przekonać wszystkich, że jest nieodrodną córką swego ojca – sprytniejszą nawet niż on sam. Jednak nie wszystkie sprawy układają się po jej myśli.

Brienne z uporem wypełnia misję powierzoną jej przez Jaimiego, mając u boku podarowany jej przez niego miecz z valyriańskiej stali. Wypytuje na traktach o Sansę Stark, mówiąc, że szuka siostry. Wyprawa doprowadza ją w nieoczekiwane miejsca i stawia na jej drodze starych znajomych.

Lysa Arryn została wypchnięta przez Księżycowe Wrota przez zazdrosnego minstrela Marilliona, któremu od zawsze okazywała łaskę. Taka jest wersja wydarzeń przeznaczona dla uszu ludzi. Sansa wie jednak, że to Littlefinger strącił jej ciotkę w przepaść. Lordowie Doliny nie zgadzają się na władzę, jaką ma on teraz nad nimi. Pragną wyrzucić go z Doliny i wziąć pod swe skrzydła małego lorda Roberta, swego prawowitego seniora. Sansa boi się, że odkryją prawdę, że przeczytają ją w jej oczach.
Jednak sam Littlefinger wydaje się bardzo pewny swego.

W Nocnej Straży rządzi teraz Jon Snow. Jego przyjaciele widzą jednak jak bardzo chłopak zmienił się pod naporem nowej odpowiedzialności. Ten fakt szczególnie mocno dotyka Sama Tarly’ego. Jon postanawia wysłać go do Starego Miasta, aby wyszkolił się na maestera. Mają mu towarzyszyć maester Aemon, którego długie życie zbliża się do kresu, Goździk i jej synek oraz brat z Nocnej Straży.

Arya, pozostawiwszy w Solankach umierającego Ogara, dociera do Braavos i odnajduje Dom Czerni i Bieli – świątynię Boga o Wielu Twarzach. Dziewczyna pragnie zostać kimś takim jak Jaqen H’ghar i zemścić się wreszcie na tych, którzy uczynili krzywdę jej i wszystkim, na których jej zależało. Będzie jednak musiała sporo poświęcić, aby osiągnąć swój cel. 
                                                                 

 
Tak więc tym sposobem pan Martin zrobił nas trochę w konia. Bo jeśli ktoś pełen emocji po „Nawałnicy mieczy” sięga od razu po „Ucztę dla Wron”, bo chcę się przekonać, co dalej będzie z bohaterami, których szczególnie dotknął los, a dostaje ni z gruchy ni z pietruchy opis walki o Tron z Morskiego Kamienia, a potem spokojne, gorące i tylko nieco podburzone Dorne, może się – delikatnie mówiąc – lekko wkurzyć. Bo ta część „Uczty dla Wron” to taka trochę cisza po burzy. A cisza po burzy nie zawsze jest dobra, jeśli się wie, że burza wciąż trwa, a cisza jest tylko ułudą (darmowa mrożona kawa dla tego, kto zrozumie o co chodzi mi w tym zdaniu :)).

W zasadzie najlepiej jest albo poczekać z lekturą, aż się trochę ochłonie po „Nawałnicy…”, albo przeczytać jak najszybciej, żeby móc zabrać się za „Taniec ze smokami”.

Co ja sądzę o „Uczcie…”? Lektura początkowo może być dość nużąca. Nie przepadam za Żelaznymi Ludźmi, a trochę ich historii tutaj jest. Jakoś przebrnęłam, dałam radę. Wydarzenia w Dorne też rozkręcają się z czasem. Akcja skupia się szczególnie na Królewskiej Przystani i tym, co się dzieje po śmierci Tywina, który wszystkich trzymał mocną ręką. Odkrywamy, co czai się w sercu Cersei i przyglądamy się rozłamowi jej relacji z Jaime’im. Bardzo łatwo dostrzec, jak duża zmiana zaszła w drugiej połówce Lannisterskich bliźniaków. Jaime to zupełnie inny człowiek, pełen wielu rozterek i wydawałoby się – myślący bardziej racjonalnie niż jego porywcza siostra.

Przez to, że poznajemy wszystkie wydarzenia z punktu widzenia konkretnych postaci, można bezwiednie zapałać do nich sympatią. Cersei nigdy nie była moją ulubioną bohaterką, raczej bardziej kibicowałam Margaery. A tymczasem im więcej zdarzeń poznawałam z jej punktu widzenia, tym bardziej kibicowałam, by wszystko jej się udało. Trochę to przerażające, bo Cersei nadal nie jest moją ulubioną bohaterką.

Co mogę jeszcze rzec? W zasadzie „Cienie śmierci” są jak na razie najgorszą częścią całej sagi. I to wcale nie najgorszą z powodu jakichś autorskich błędów, a po prostu fabularnie. Czasami bywa trochę nudno i topornie. A chciałoby się czegoś więcej.






PS: Recenzja z okazji premiery kolejnego sezonu "Gry o tron" :]



piątek, 30 sierpnia 2013

1# Recenzja : George R.R. Martin - Gra o tron + Witajcie

Witam :)
Założyłam tego bloga kierowana swoją miłością do książek oraz tym, aby dzielić się odczuciami na ich temat z innymi miłośnikami literatury. Nie ukrywam, że bardzo zainspirowały mnie Wasze blogi, moja współlokatorka oraz pewne, niewinnością tchnące, istoty z Przystani :)
Dlatego też, żeby nie przedłużać i się nie cackać, zaczynam od razu od pierwszej recenzji, w której to na tapetę idzie (przeczytana jeszcze w lipcu) sławetna "Gra o tron"

 




Tytuł: Gra o tron
Tytuł oryginalny: A Game Of Thrones
Autor: George R.R. Martin
Seria: Pieśń Lodu i Ognia
Część: I
Liczba stron: 844
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA





 „W grze o tron zwycięża się albo umiera.”


Mało jest osób czytających książki, którzy nie słyszeliby o sławnym cyklu George’a R.R. Martina. Dzięki serialowi powstającemu na jego podstawie, seria bardzo szybko zaczęła wspinać się na szczyty drabiny popularności. Książki pana Martina można znaleźć niemal w każdej księgarni, za to w bibliotekach byłby to niemal cud – po każdy tytuł z serii ustawiają się kolejki oczekujących. Jednak czy słusznie? Moim zdaniem tak. Aczkolwiek mogę się mylić. 

Przejdźmy jednak do książki. W „Grze o tron” (jak i pozostałych częściach cyklu o dumnej nazwie „Pieśń Lodu i Ognia”) pan Martin, znany przede wszystkim z nagłego uśmiercania głównych bohaterów (lub akurat tych, których  się lubiło) przenosi nas do stworzonego przez siebie świata, gdzie toczy się zwyczajne życie prostych ludzi, gdzie władcy ścierają się ze sobą w walce o władzę, gdzie wszystko jest możliwe, bo magia tak naprawdę nie umarła, chociaż niektórzy mogliby sądzić inaczej. 

Większość wydarzeń rozgrywa się w krainie Westeros – podzielonej na Siedem Królestw zjednoczonych pod berłem jednego władcy. Ale mamy też Wolne Miasta, krainy za morzem i sławny Mur na północy. Lądujemy w Westeros akurat w momencie, gdy umiera królewski Namiestnik, a jego obowiązki ma przejąć przyjaciel króla Eddard Stark. Toczącą się akcję obserwujemy z perspektywy kilku głównych bohaterów – z rodu Starków mamy więc Neda, Catelyn, Sansę, Aryę i Brana oraz bękarciego syna Neda Jona Snow; Lannisterów reprezentuje karzeł Tyrion, a na dokładkę mamy również Daenerys Targaryen za wąskim morzem – według niektórych prawowitą dziedziczkę Siedmiu Królestw.

Nie będę się więcej rozwodzić na temat fabuły, bo większość ją zna z ustnych podań, Internetu, serialu lub po prostu przeczytała książkę, a dziewiczym istotom nieskalanym jeszcze tą wiedzą nie chce psuć radości pierwszego spotkania z „Grą o tron”. Wspomnę natomiast o stylu, w jakim została napisana książka – przywodzącym na myśl styl Tolkiena. Pan Martin bardzo szczegółowo i skrupulatnie opisuje zarówno bohaterów, jak i ich otoczenie czy nawet ubiór – za każdym razem przychodziła mi do głowy myśl, że jak na mężczyznę przykłada dużą wagę do stroju swych podopiecznych. Ta drobiazgowość może być momentami męcząca, pomaga jednak czytelnikowi dostrzec świat książki takim, jakim widzi go pan Martin. A przynajmniej podobnym.

Czytanie pierwszej części szło mi dość topornie, z kilku względów – po pierwsze: e-book. Zdecydowanie wolę papierowe książki, jednak tutaj potrzeba była silniejsza. Nie posiadam żadnych nowoczesnych gadżetów, więc musiał mi wystarczyć laptop. A czytanie z laptopa może być męczące; po drugie: oglądam serial. Zanim książka wpadła w moje łapki, nastał sezon 3.  A że sezon 1 był tym, który najbardziej zapamiętałam, także wydarzenia pierwszej części „Pieśni Lodu i Ognia” nie były dla mnie tajemnicą. Miałam ochotę skończyć książkę jak najszybciej, a potem następną i następną, aż do momentu, na którym stanął serial; po trzecie (również związane z serialem): serial dość wiernie książkę oddaje. Wszystkie wydarzenia, które pamiętałam z sezonu nr 1, znalazłam również w książce – tylko o wiele bogatsze.

Nie mogę oceniać tempa akcji – właśnie z powodów powyżej. Chciałam, żeby było szybsze, ale czy gdyby to było moje pierwsze spotkanie z „Grą o Tron”, myślałabym podobnie? Chętnie podyskutowałabym na ten temat z osobami, które najpierw dostały w swoje łapki książkę. Chciałabym poznać ich odczucia i spojrzenie na fabułę i całą resztę bez serialowej otoczki. Przypuszczam, że dla mnie takie spojrzenie zacznie się dopiero gdzieś w okolicach drugiego tomu „Nawałnicy mieczy”.

Powinnam wspomnieć co nieco o bohaterach, bo jest ich tutaj naprawdę cała tęcza, a każdy jest inny i ma własne spojrzenie na świat. Jedna z moich koleżanek ze studiów, która pochłonęła już to, co było do pochłonięcia, jeśli chodzi o tę serię, mówiła, że podoba jej się to, że nie ma tutaj bohaterów czarnych i białych – tak naprawdę nie ma tylko dobrych i tylko złych. Po części się z nią zgadzam. W „Grze o Tron” każdy ma jakieś swoje słabości, mniejsze lub większe. Każdy popełnia błędy – czasem nawet okazują się one większej rangi niż przypuszczano i mają znaczenie dla dalszych losów całego królestwa. Pan Martin mówi, że pragnie, by czytelnik bał się odwrócić stronę w czasie czytania i wprowadza ten plan w życie. Właściwie nigdy do końca nie wiadomo, jak zachowa się dany bohater, ani co powie. Czy uległa, uprzejma dama nie chwyci miecza i nie zabije z zimną krwią swych prześladowców? Czy zwykła służąca nie okażę się ukrytym szpiegiem? Czy zaprzysiężony rycerz nie dopuści się zdrady wobec swojego króla? Czy matka nie poświęci dzieci dla zemsty? Nikt nie może być pewny, co go czeka, a ściany zamków mają uszy. Trzeba być ostrożnym, bo nigdy nie wiadomo, czy usłyszy cię przyjaciel czy kat. W tej części zdecydowanie najlepiej czytało mi się historie Brana oraz Aryi. Jeśli miałabym wskazać ulubioną postać, to właśnie na Aryę padłby mój wybór. Dlaczego? Bo jest silna i odważna, woli walkę i miecz niż piękne suknie i sztuczne uprzejmości. Jest postacią wyrazistą, jedną z tych kobiet, którą potrafią zatrząść światem (a przynajmniej będą potrafiły, bo jakby na to nie patrzeć Arya jest jeszcze dzieckiem). Gdybym miała stworzyć własną postać, siebie w „Grze o Tron”, byłabym podobna do Aryi.
Jeśli chodzi o resztę – Jon Snow również ma moją sympatię. Nikt się pewnie nie zdziwi, jeśli wskaże również Tyriona – bo jest zabawny, lubię jego ironię i wydaje się być najbardziej szlachetny z całego kłębowiska Lannisterów. Do spółki brakuje jednak jeszcze Daenerys. Niezbyt oryginalnie wybrałam swój ulubiony skład, raczej nikogo on nie zadziwi.
Kogo nie lubię? Chyba nie było takiego kogoś, kto zasłużył na moją większą niechęć – w serialu Varys jest dość irytujący, ale w książce szło go znieść; i Catelyn Stark – czy może raczej te fragmenty, które odnosiły się do świata widzianego jej oczyma.
Muszę stwierdzić, że takie rozszczepienie powieści na części odnoszące się do poszczególnych bohaterów bardzo przypadło mi do gustu. To całkiem miła odmiana po książkach z tradycyjnymi rozdziałami. Minus tego jest jeden (niewielki. Wręcz maciupeńki), a mianowicie taki, że czasem przygody jednej osoby kończyły się w takim momencie, że miałam ochotę opuścić resztę fragmentów i od razu przejść do dalszego ciągu jej historii. 

Mam wrażenie, ze ta recenzja wyszła nieco chaotycznie, jednak chciałam w niej umieścić wszystko, co dyktowało mi serce. „Gra o Tron” wpisała się w listę moich ulubionych lektur i mam nadzieję, że następne części mnie nie zawiodą. Zastanawia mnie jednak jedna rzecz: czy kiedy po latach postanowię do niej wrócić, będzie mi się tak samo podobała? I czy za dziesięć, dwadzieścia lat, ktoś będzie jeszcze pamiętał, jak wstrzymywaliśmy oddech czytając historie mieszkańców świata George’a R. R. Martina? Czy nasze dzieci również pochłonie Westeros?
Przyszłość pokaże.

Moja ocena: 9/10