Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2015

47# Recenzja: Stephen King - Lśnienie









„Lśnienie” to chyba najbardziej znana książka Stephena Kinga. Dla mnie jest to druga pełnowymiarowa powieść tego autora, jaką dane mi było czytać. Uwielbiam jego pokręcone pomysły, nieprzewidywalność, skrupulatne kreślenie bohaterów, którzy niejednokrotnie są bardziej wielowymiarowi niż prawdziwi ludzi, a najbardziej lubię, kiedy staje się tak mroczny, że aż można poczuć ciarki na plecach.

Tym razem przenosimy się do hotelu Panorama, który jest wręcz stworzony do bycia nawiedzanym przez duchy. Jest wielki, luksusowy, położony w pięknej, górskiej okolicy, ale przy okazji mający kilka mrocznych sekretów i zupełnie niedostępny w zimie.  Towarzyszymy rodzinie Torrance’ów, która właśnie na ten okres ma zamiar zamieszkać w hotelu. Jack, głowa rodziny, podejmuje się pracy dozorcy, który ma za zadanie zaopiekować się hotelem, kiedy nie będzie w nim gości i przygotować go na nadchodzący sezon. Mężczyzna jeszcze niedawno był szanowanym nauczycielem, jednak przez skłonność do agresji i duże problemy z alkoholem jego życie legło w gruzach. Praca w Panoramie ma być dla niego nowym początkiem i szansą na naprawę relacji z rodziną. 
Jack ma małego synka, Danny’ego, który jest niezwykłym chłopcem. Danny posiada dar, który pozwala mu czuć i widzieć więcej niż inni, wiedzieć o rzeczach, o których wiedzieć nie powinien.

Danny od początku czuje, że z hotelem jest coś nie tak. Chciałby jak najszybciej stamtąd wyjechać, jednak wie, jakie znaczenie ma ta praca dla jego taty. Hotel wywiera coraz większy, zły wpływ na Jacka, wyciągając na wierzch najgorsze, drzemiące w nim instynkty. Szykuje się długa, trudna zima.



Powiem tak: „Lśnienie” nie było do końca tym, czego się spodziewałam. Spodziewałam się lektury mocnej, wciągającej, takiej, która mnie przerazi i sprawi, że w trakcie czytania będę z obawą spoglądać, czy coś przypadkiem za mną nie stoi. Tak się nie stało.

Z jednej strony historia była dobrze skonstruowana, to powolne popadanie Jacka w obłęd, to, jak próbował nieśmiało się ratować, jak Danny próbował go ratować, jak mordercze instynkty ostatecznie wygrały. Z drugiej strony książka strasznie mi się dłużyła i w ogóle mnie nie przestraszyła.

Hotel Panorama, leżący w górach, dość daleko od cywilizacji, opuszczony zimą – i to naprawdę opuszczony, bo gdy spadnie śnieg, dotarcie do niego bez skutera śnieżnego lub helikoptera jest niemożliwe – to wręcz idealne miejsce do nawiedzania. I rzeczywiście zło panoszy się tam, że aż miło, a na dodatek jest to głodne zło, napędzane siłą ludzi, którzy ponieśli tam śmierć, pragnące więcej i więcej. Pragnące potęgi. Z taki hotelem można naprawdę zrobić wiele.

Jednak najbardziej przerażająca jest chyba samotność.  Rodzina Torrance’ów zostaje w hotelu zupełnie sama, z dala od cywilizacji, od innych ludzi. Można powiedzieć, że przez około pół roku będą się kisić we własnym sosie, a nie są wzorową rodziną i już wcześniej nie bardzo im się razem układało. Hotel jest ogromny, ale jego wielkość tylko pogłębia wrażenie pustki. Każdy mógłby zacząć wątpić w swoje zdrowie psychicznie – zwłaszcza, że akcja „Lśnienia” ma miejsce w czasach, kiedy technika nie jest tak rozwinięta jak teraz. A nawet jeśli przenieść by ją do naszych czasów, to pewnie i tak byłoby ciężko ze złapaniem zasięgu i skontaktowaniem się z kimkolwiek.  

Jack Torrance jest typowym bohaterem kingowym. A ja mam trudność z polubieniem tego typu bohaterów i myślę, że to dlatego tak mi się czasem ciężko czytało. Poza tym liczyłam na to, że będę się bać, że będą ciary, a chociaż strachy się pojawiały, to dla mnie były jakieś takie za mało straszne.


„Lśnienie” to książka dobra, ale tylko dobra. Dopracowana, z ciężkim, jakby brudnym klimatem, ale nieco zbyt wolną jak na mój gust akcją i bez grozy wylewającej się z każdej strony. 


sobota, 23 maja 2015

38# Recenzja: Stephen King - Carrie






Lata ’70 ubiegłego wieku. Chamberlain w stanie Maine, typowe małe amerykańskie miasteczko, gdzie każdy zna każdego i wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Tam właśnie mieszka nastoletnia Carrie wraz ze swoją mamą. Tam chodzi do szkoły. Tam marzy o lepszym jutrze. Tam dokonuje zemsty.

Carrie nie jest taka, jak inne dziewczęta w jej wieku, chociaż mogłaby być zwyczajną, dobrze uczącą się nastolatką z gronem przyjaciół. To wina jej matki, której fanatyzm religijny zna cała okolica. Kobieta bardzo restrykcyjnie wychowuje swoją córkę, nie pozwalając jej na wiele rzeczy, nawet prawa natury uznając za grzeszne.

Carrie jakoś sobie radzi. Przyzwyczaiła się już do tego, że inni ją wyśmiewają. Mamę kocha, jednocześnie nienawidząc jej  za życie, jakie zmusza ją prowadzić. Chciałaby być normalna. Chciałaby mieć przyjaciół. Chciałaby pójść na szkolny bal.

Czara goryczy przelewa się, gdy dziewczyna po raz pierwszy dostaje miesiączkę. Koleżanki wyśmiewają ją, rzucają w nią podpaskami i tamponami, a biedaczka przerażona myśli, że umiera. Mama nie wyjaśniła jej, co to znaczy stać się kobietą. To wielkie, publiczne upokorzenie staje się pierwszym krokiem do tragedii, która wkrótce dotyka całe miasteczko.

Carrie skrywa sekret. Carrie umie coś, o czym innym się nawet nie śniło. I nie boi się tego wykorzystać, aby się zemścić na swoich oprawcach.

 

Debiut jednego z mistrzów grozy przez wielu uznawany jest za średnio udany w porównaniu z innymi jego książkami. Ja jednak mam sentyment do tej historii i uwielbiam ją w każdym calu. Nie nazwałabym „Carrie” horrorem, bardziej może thrillerem z elementami nadprzyrodzonymi. Takim moim paranormal thrillerem. Nie czułam grozy, nie była przerażona, jednak… Pewien niepokój się pojawił. Niepewność. Zwłaszcza, gdy zapadł zmrok.
Znałam już wcześniej tę historię i wiedziałam, co się wydarzy, mimo to Kingowi udało się mnie porwać. Pochłonęłam tę książkę w mgnieniu oka, czyniąc ją drugą najszybciej przeczytaną książką w tym roku. Czemu tak się wciągnęłam? Sama nie wiem. Może Carrie rzuciła na mnie urok?


 
W tej powieści jest tyle rzeczy, o których trzeba wspomnieć, że aż ciężko się zdecydować, od czego zacząć. Bo i forma jest tu specyficzna i bohaterowie jedyni w swoim rodzaju, i fabuła, jakiej jeszcze nie było, a nad tym wszystkim wiszący duch Stephena Kinga, którego styl jest tak bardzo jego i tak mocno nie do podrobienia.

W „Carrie” przeszłość miesza się z teraźniejszością. W toczącą się swoim torem historię wplecione są fragmenty książek, artykułów, a nawet policyjnych zeznań, które niejako przygotowują nas na to, że stanie się coś strasznego i niewyobrażalnego.  Obserwujemy trudne życie głównej bohaterki, ale trochę jakby z boku. Mamy wgląd w uczucia Carrie, wiemy, co robi, jednak odnosi się wrażenie, że to nie bezpośredni kontakt jest tutaj najważniejszy.

King wprowadził do swojej powieści pewne poczucie realności. Potrafił wymyślić naukowe uzasadnienie zdolności Carrie, a nawet sposób jego dziedziczenia. I za to duży plus! Mój wewnętrzny mały naukowiec zaiste się radował tym faktem. Radował się też rozwałką.
 

Carrie jest… specyficzna. Duży wpływ na nią ma wychowanie, jakie otrzymała od matki. Gdyby nie to,
byłaby normalną , fajną nastolatką. Myślę, że polubiłam ją. Chciałam dla niej dobrze, chociaż wiedziałam, co się wydarzy. Z jednym wyjątkiem – nie pamiętałam, jak zakończono film, a zakończenie książki trochę mnie zaskoczyło. Byłam pewna, że losy Carrie potoczą się jednak inaczej.
Podobało mi się, że główna bohaterka nie jest tutaj faworyzowana – bo często gęsto w książkach jest tak, że wszystko skupia się na protagoniście i to jego uczucia, jego przeżycia, jego myśli są najważniejsze. Z jednej strony niby tak ma być, bo w końcu po to opisuje się czyjąś historię, żeby no… opisać czyjąś historię, ale czasem to skupianie się na głównym bohaterze i stawianie go na piedestale staje się irytujące.

Najbardziej rzucającą się w oczy postacią jest matka głównej bohaterki. Naprawdę nie mam pojęcia, skąd ta kobieta się urwała. Schizofrenia paranoidalna – jak nic.

Ludzie ze szkoły Carrie nie przypominają nastolatków ze współczesnych, amerykańskich powieści młodzieżowych. Daje się wyczuć, że to inne czasy. Chociaż fascynacja szkolnymi balami już jest obecna.



„Carrie” zbiera różne recenzje i ludziom nie zawsze się podoba, bo nie jest straszna, bo bardziej młodzieżowa. Ja  i tak pozostaję wielką fanką tej historii i tylko nabrałam ochoty na inne dzieła Kinga. 







poniedziałek, 30 czerwca 2014

23# Recenzja: Kristina Ohlsson - Wyścig z czasem









Pewnego zwyczajnego dnia z lotniska w Sztokholmie wylatuje samolot pasażerski w kierunku Nowego Jorku. Już po kilku minutach lotu do kabiny pilotów Karima Sassi’ego i Erika Rechta puka wystraszona stewardessa Fatima i pokazuje im kartkę, którą znalazła przyklejoną w toalecie. Zapisany na niej list informuje, że na pokładzie samolotu jest bomba. Terroryści przedstawiają żądania wobec rządów Szwecji i USA. Szwedzi mają anulować decyzję o wydaleniu z kraju podejrzanego o terroryzm Zakarii Khelifiego, a Amerykanie zamknąć Tennyson Cottage – tajne więzienie, o którym wiedzieli jedynie wtajemniczeni. Mają czas do momentu skończenia się paliwa w samolocie – jeśli piloci spróbują wylądować wcześniej, umieszczona na pokładzie bomba zostanie zdetonowana.

Prowadzenie śledztwa ląduje na barkach Eden Lundell z Säpo (szwedzkiej policji bezpieczeństwa). Bierze w nim również udział policjant Alex Recht, którego syn jest drugim pilotem feralnego samolotu. Mężczyzna musi odsunąć na bok targające nim emocji i skupić się na znalezieniu wyjścia z zaistniałej sytuacji. Swój udział w całej sprawie ma również Fredrika Bergman, która od niedawna pracuje w ministerstwie sprawiedliwości, a teraz staje się łącznikiem między rządem a policją.

Czasu jest coraz mniej, a sprawa robi się coraz bardziej pogmatwana. Dzień wcześniej policja otrzymała cztery telefony z czterech różnych numerów o bombach podłożonych w czterech różnych miejscach Sztokholmu, jednak alarmy okazały się fałszywe. Czy mogą one mieć związek z porwanym samolotem?
A Zakaria Khelifi? Może decyzja o wydaleniu go z kraju była niesłuszna? Czy to jego przyjaciele stoją za porwaniem samolotu? I jaki jest jego związek z tajnym amerykańskim więzieniem, o którym nie słyszał prawie nikt ?
Współpraca z Amerykanami wymaga od Säpo wiele wysiłku. Każdy nowy trop stawia przed śledczymi nowe pytania, a zamieszane w całą sprawę osoby dopada zmowa milczenia. Nawet kapitan porwanego samolotu nie zgadza się spełniać dawanych mu przez policję poleceń.

„Wyścig z czasem” to czwarta część przygód Fredriki Bergman. Autorka tej serii, Kristina Ohlsson, pracowała między innymi w szwedzkich służbach specjalnych, a także w OBWE, można mieć więc pewność, że doskonale wie, o czym pisze.

Całą historię poznajemy z wielu perspektyw. Mamy wgląd w pracę głównej bohaterki serii – Fredriki, która jest osobą bardzo inteligentną i spostrzegawczą, ale jednocześnie przesympatyczną kobietą, żoną i matką, dla której najważniejsza jest rodzina. Za jej przeciwieństwo można uznać Eden Lundell – specjalistkę w swoim fachu, wręcz stworzoną na zajmowane przez siebie stanowisko. Pewne wydarzenia z przeszłości sprawiły, że Eden jest kobietą twardą, która potrafi postawić na swoim i uzyskać to, czego akurat potrzebuje. Różni się od Fredriki przede wszystkim swą postawą wobec rodziny – kocha męża i córki, jednak przeważa w niej poczucie obowiązku wobec kraju, uważa, że w sytuacji zagrożenia całego społeczeństwa, poświęcenie osobistego szczęścia to normalna sprawa.
Jest też Alex Recht, przyjaciel Fredriki z czasów, gdy pracowała w policji. Sprawa samolotu dotyka go szczególnie ze względu na syna, który znajduje się na jego pokładzie.

Od czasu do czasu przenosimy się również na drugą stronę oceanu i obserwujemy wydarzenia okiem Amerykanów. Muszę podkreślić, że spodobało mi się to, jak autorka przedstawiła ten naród. Chociaż raz nie byli to bohaterowie gotowi poświęcić swoje życie, żeby uratować świat.

Czasem przenosimy się również w niebo na pokład feralnego lotu 573, gdzie dwaj piloci mają różne zdania. Karim Sassi nie chce współpracować z policją, która nie wierzy do końca w to, że w samolocie rzeczywiście jest bomba. Erik natomiast robi się coraz bardziej podejrzliwy w stosunku do mężczyzny, który jest nie tylko jego partnerem w pracy, ale również przyjacielem.

Jak oceniam „Wyścig z czasem”? Nie jest to na pewno kryminał genialny i wyjątkowy, który na zawsze zapadnie mi w pamięć i będzie zajmował specjalne miejsce na liście ulubionych książek. Nie mogę też powiedzieć, że to zła książka, bo tak też nie jest. Ot po prostu dobrze napisany kryminał, w który autorka na pewno włożyła własne doświadczenia. Czyta się szybko i czasami daje odczuć czytelnikowi napięcie towarzyszące bohaterom – w końcu na włosku wisi życie wielu istnień, w samolocie kończy się paliwo, a rozwiązania brak. Policja kluczy i kluczy, wciąż odnajduje wskazówki, znaczenie zaczynają mieć nawet początkowo nieistotne fakty, a puzzle układają się w całość dopiero pod koniec powieści.
To, co mnie troszkę irytowało w toku fabuły, to zdarzające się powtórzenia tego, w jakiej sytuacji znajdują się nasi dzielni bohaterowie. Ale jeśli ktoś miałby mało czasu na czytanie i poznawał jedynie po kawałeczku książki, to dla niego byłoby to idealne rozwiązanie.

Zakończenie pozostaje otwarte. Autorka zamieściła na końcu krótkie wyjaśnienie i nie wyklucza, że wróci jeszcze do tej historii. A ja nie wykluczam, że nie skuszę się jeszcze na przygody Fredriki Bergman.

Ciekawostka: oryginalny tytuł powieści to „Paradisoffer” – w wolnym tłumaczeniu: Ofiary Raju.


Moja ocena: 7/10






Za "Wyścig z czasem" Kristiny Ohlsson serdecznie dziękuję
portalowi nakanapie.pl