wtorek, 17 listopada 2015

47# Recenzja: Stephen King - Lśnienie









„Lśnienie” to chyba najbardziej znana książka Stephena Kinga. Dla mnie jest to druga pełnowymiarowa powieść tego autora, jaką dane mi było czytać. Uwielbiam jego pokręcone pomysły, nieprzewidywalność, skrupulatne kreślenie bohaterów, którzy niejednokrotnie są bardziej wielowymiarowi niż prawdziwi ludzi, a najbardziej lubię, kiedy staje się tak mroczny, że aż można poczuć ciarki na plecach.

Tym razem przenosimy się do hotelu Panorama, który jest wręcz stworzony do bycia nawiedzanym przez duchy. Jest wielki, luksusowy, położony w pięknej, górskiej okolicy, ale przy okazji mający kilka mrocznych sekretów i zupełnie niedostępny w zimie.  Towarzyszymy rodzinie Torrance’ów, która właśnie na ten okres ma zamiar zamieszkać w hotelu. Jack, głowa rodziny, podejmuje się pracy dozorcy, który ma za zadanie zaopiekować się hotelem, kiedy nie będzie w nim gości i przygotować go na nadchodzący sezon. Mężczyzna jeszcze niedawno był szanowanym nauczycielem, jednak przez skłonność do agresji i duże problemy z alkoholem jego życie legło w gruzach. Praca w Panoramie ma być dla niego nowym początkiem i szansą na naprawę relacji z rodziną. 
Jack ma małego synka, Danny’ego, który jest niezwykłym chłopcem. Danny posiada dar, który pozwala mu czuć i widzieć więcej niż inni, wiedzieć o rzeczach, o których wiedzieć nie powinien.

Danny od początku czuje, że z hotelem jest coś nie tak. Chciałby jak najszybciej stamtąd wyjechać, jednak wie, jakie znaczenie ma ta praca dla jego taty. Hotel wywiera coraz większy, zły wpływ na Jacka, wyciągając na wierzch najgorsze, drzemiące w nim instynkty. Szykuje się długa, trudna zima.



Powiem tak: „Lśnienie” nie było do końca tym, czego się spodziewałam. Spodziewałam się lektury mocnej, wciągającej, takiej, która mnie przerazi i sprawi, że w trakcie czytania będę z obawą spoglądać, czy coś przypadkiem za mną nie stoi. Tak się nie stało.

Z jednej strony historia była dobrze skonstruowana, to powolne popadanie Jacka w obłęd, to, jak próbował nieśmiało się ratować, jak Danny próbował go ratować, jak mordercze instynkty ostatecznie wygrały. Z drugiej strony książka strasznie mi się dłużyła i w ogóle mnie nie przestraszyła.

Hotel Panorama, leżący w górach, dość daleko od cywilizacji, opuszczony zimą – i to naprawdę opuszczony, bo gdy spadnie śnieg, dotarcie do niego bez skutera śnieżnego lub helikoptera jest niemożliwe – to wręcz idealne miejsce do nawiedzania. I rzeczywiście zło panoszy się tam, że aż miło, a na dodatek jest to głodne zło, napędzane siłą ludzi, którzy ponieśli tam śmierć, pragnące więcej i więcej. Pragnące potęgi. Z taki hotelem można naprawdę zrobić wiele.

Jednak najbardziej przerażająca jest chyba samotność.  Rodzina Torrance’ów zostaje w hotelu zupełnie sama, z dala od cywilizacji, od innych ludzi. Można powiedzieć, że przez około pół roku będą się kisić we własnym sosie, a nie są wzorową rodziną i już wcześniej nie bardzo im się razem układało. Hotel jest ogromny, ale jego wielkość tylko pogłębia wrażenie pustki. Każdy mógłby zacząć wątpić w swoje zdrowie psychicznie – zwłaszcza, że akcja „Lśnienia” ma miejsce w czasach, kiedy technika nie jest tak rozwinięta jak teraz. A nawet jeśli przenieść by ją do naszych czasów, to pewnie i tak byłoby ciężko ze złapaniem zasięgu i skontaktowaniem się z kimkolwiek.  

Jack Torrance jest typowym bohaterem kingowym. A ja mam trudność z polubieniem tego typu bohaterów i myślę, że to dlatego tak mi się czasem ciężko czytało. Poza tym liczyłam na to, że będę się bać, że będą ciary, a chociaż strachy się pojawiały, to dla mnie były jakieś takie za mało straszne.


„Lśnienie” to książka dobra, ale tylko dobra. Dopracowana, z ciężkim, jakby brudnym klimatem, ale nieco zbyt wolną jak na mój gust akcją i bez grozy wylewającej się z każdej strony. 


poniedziałek, 9 listopada 2015

8# Kupka książków tu, kupka książków tam - czyli stosik życia



Cześć wszystkim!

Tak, jak obiecałam w poprzednim poście, dzisiaj pochwalę się, jakie cudeńka pojawiły się na mojej półce po ostatnich Targach Książki w Krakowie. Kilka pozycji zostało przeze mnie zdobytych wcześniej i również zostały tutaj umieszczone, żeby nie czuły się samotne i zapomniane. W sumie można uznać, że to taki wrześniowo-październikowy haul. 

Enjoy!







Laura Gallego Księga Portali - otrzymana podczas zjazdu blogerów na Targach Książki. Nie mam pojęcia, o czym jest ta książka, więc będzie to jedna wielka niespodzianka

Leonardo Patrignani Wszechświaty. Pamięć - j.w. Na tę serię mam ochotę już od dość dawna, jednak najpierw muszę zdobyć pierwszą i ostatnią część

Paula Hawkins Dziewczyna z pociągu - pierwszy targowy zakup. Zaczęłam już czytać i na razie mogę powiedzieć, że rzeczywiście jest bardzo wciągająca, chociaż nieco inna, niż przypuszczałam [CZYTA SIĘ]

Laura Gallego Tam, gdzie śpiewają drzewa - zakup targowy. Ta książka chodziła za mną już od dwóch lat, nie mam pojęcia, o czym jest i przyznaję się szczerze, że kupiłam ją ze względu na piękną okładkę (i dopiero pisząc tego posta zorientowałam się, że to książka autorki Księgi Portali. Brawo ja)

Robert J. Schmidt Otchłań - kupiona na pewnym malutkim stoisku z tanią książką. Kolejna powieść z Uniwersum Metro 2033, której akcja dzieje się w Polsce. Nie mogę się doczekać lektury!

Caitlin Kittredge Żelazny Cierń - efekt przeglądania stoiska z tanią książką w Auchanie

Matthew Quick Niezbędnik obserwatorów gwiazd - wylosowana podczas spotkania blogerów po Targach Książki

James Frey Endgame. Wezwanie - zakupiona u Marty. Na Endgame miałam ochotę już od dawna, jestem bardzo ciekawa tych wszystkich zagadek i mam nadzieję, że będzie mi się podobało

Dominik W. Rettinger Klasa - zdobyta na stanowisku wydawnictwa Otwarte. Nie słyszałam wcześniej o tej książce, ale podobno jest dobra. Kolejna wielka zagadka w tym stosiku

Bernard Cornwell Płonące Ziemie - wylosowana na spotkaniu blogerów. Od dawna chciałam poznać Wikingów Cornwella, teraz pozostaje zdobyć początkowe książki z serii

Eve Edwards Gra o miłość - zakupiona u Marty. Alchemia miłości była całkiem przyjemną lekturą, więc postanowiłam się skusić na więcej

Eve Edward Demony miłości - wylosowana na spotkaniu blogerów. Akurat brakowało mi tej części do uzupełnienia trylogii

Jennifer Niven Wszystkie jasne miejsca - zakup targowy. Szykuje się genialna lektura!

Cecelia Ahern Pora na życie - dorwana na promocji w Auchanie. Straszną mam na nią ochotę, bo bohaterka wydaje się mieć ze mną dużo wspólnego. Poza tym liczę na lekką, przyjemną lekturę ze szczęśliwym zakończeniem. A teraz bardzo potrzebuję szczęśliwych zakończeń

Amy Tintera Restart - książka z Epikboxa. Bohaterowie mają numery przy imionach, więc musi być dobrze

Michelle Hodkin Mara Dyer. Zemsta - zakup targowy. Kocham Marę Dyer! Pierwszą część kupiłam na zeszłorocznych Targach, dwie pozostałe w tym roku i mam plan przeczytać na raz całość. Nie mogę się doczekać!

Michelle Hodkin Mara Dyer. Przemiana - j.w.

Dmitry Glukhovsky Futu.re - zakup targowy. Nie mogłam przejść obojętnie obok książki autora uwielbianego przeze mnie Metra

Paola Capriolo Porządek rzeczy - zakup targowy. Kolejna książka kupiona dla pięknej okładki. Stoczyłam się

Susan Ee Angelfall - zakup targowy. Uwielbiam anioły i to aż dziwne, że dopiero teraz zabieram się za Angelfall. Ale przynajmniej cała trylogia jest już wydana, więc nie muszę czekać

Kat Zhang Co ze mnie zostało - zakup targowy. Piękna okładka, intrygująca fabuła. Mam nadzieję, że będzie tak świetna, jak się zapowiada



I to byłoby wszys... A, nie! Jeszcze nie! :D 



PewDiePie Ta Książka Cię Kocha - a przy okazji jest genialna, mega pozytywna i wywołuje banana na mojej buzi, ilekroć do niej zaglądam.





xoxo
LittleAngel

czwartek, 5 listopada 2015

Little Resume - October





To był bardzo szybki październik. Szybki i zapracowany, przez co miałam nieco mniej sił na czytanie. Były też Targi Książki w Krakowie, dzięki którym zdobyłam całkiem sporo ciekawych pozycji. Moje książkowe skarby powinny pojawić się w następnym poście.



CO CZYTAŁAM? 


"Drugą Szansę" Katarzyny Bereniki Miszczuk wypożyczyłam w bibliotece. Uwielbiam styl i oryginalne pomysły pani Katarzyny, jednak to była zdecydowanie najsłabsza z jej książek, które dane mi było czytać. Trylogię Delirium Lauren Oliver dziwnym zrządzeniem losu udało mi się dorwać za jednym zamachem również w bibliotece. "Delirium" było ciekawym wstępem i mogłoby stanowić osobną historię miłosną. "Pandemonium"... cóż, zdenerwowało mnie. A konkretnie zdenerwowała mnie główna bohaterka, jak i sama autorka, ponieważ wplotła do fabuły rzeczy, które w moim odczuciu są zwyczajnie niefajne (jak chociażby wyznawanie miłości chłopakowi, którego zna się kilka dni, po tym, jak pół roku wcześniej umarła miłość twojego życia). Przez to lektura trochę przeciągnęła mi się w czasie, bo zwyczajnie nie miałam na nią ochoty i ostatnie strony czytałam już w listopadzie. A "Łowca snów" Stephena Kinga był po prostu genialny!



KSIĄŻKI W LICZBACH

4 książki = 1674 strony = 54 strony dziennie



BLOGOWE ŻYCIE

♥ Pierwszy Midnight Watching (American Horror Story)
♥ Październikowy Epikbox




Nie powiem, żebym szczególnie poszalała w tym miesiącu. Ale praca w systemie 12-godzinnym jednak robi swoje. Często mam ochotę położyć się i przespać resztę życia. Nie zrobię tego jednak, ponieważ przez sen nie można czytać, a tyle wspaniałości jeszcze przede mną.



Udanego listopada!

xoxo 
LittleAngel

niedziela, 1 listopada 2015

Wszystkie byłyśmy w więzieniu - czyli o Targach Książki słów kilka





Krakowskie Targi Książki stały się już moją coroczną tradycją. Czekam na nie z niecierpliwością, cieszę się na spacery wśród książek, oddychanie książkami, podziwianie książek, zdobywanie książek i spędzanie czasu z ludźmi, którzy również kochają książki. Można by pomyśleć, że po kilku razach Targi mogą się znudzić, ale dla mnie każde mają w sobie coś wyjątkowego, innego i niezwykłego, co wspominam z uśmiechem na ustach i ciepłem w serduszku.

W tym roku mój grafik był dla mnie wyjątkowo łaskawy, bo miałam wolne aż przez trzy dni targowe i mogłam szaleć. W zasadzie zaszalałam chyba nawet za bardzo, bo nie przypuszczałam, że skończę z taką ilością książek, z jaką skończyłam. Nie, żeby mi to jakoś przeszkadzało, czy coś ^^

Czwartek był w tym roku całkiem spokojny. Na hali nie było aż tak wiele osób (chociaż i tak więcej, niż rok temu!), dało się oddychać, dało się oglądać, dało się spacerować, co też radośnie czyniłam razem z moją przyjaciółką, która chyba zaczyna się coraz bardziej zarażać książkobsesją.




Piątek też raczej tchnął spokojem (w miarę). Był już prawie wieczór, spacerowałam sobie z Kingą i znów kupiłam książki, chociaż dzień wcześniej wróciłam nimi obładowana. Pan ze stoiska Książki w mieście proponował mi zakup kociej zakładki, która idealnie pasowałaby do mojej kociej bluzy. Gandalf szukał Drużyny Pierścienia. Albo krasnoludów. Ciężko stwierdzić. W każdym razie był zapracowany.


Sobotę podzieliłam między książki a Półmaraton. Rankiem odwiedziłam Kraków Arenę, chłonąc cudowną atmosferę sportowego wydarzenia (kiedyś i ja wystartuję!) i nabierając ochoty na bieganie. Potem radosnym krokiem ruszyłam do hali Expo, która w sumie nieco straciła na uroku. Znaczy, nie sama hala, a okolica. Te góry piasku i ruiny domków sprawiały, że była taka nieco creepy i tajemnicza. Idealne miejsce, aby zrobić jakiś fajny cosplay związany z targami. Że też jeszcze żadne wydawnictwo nie wpadło na to, żeby wykorzystać okolicę do promocji książek. Wyobraźcie sobie miny ludzi zmierzających radośnie na targi, kiedy nagle zza krzaczka wyskakuje na nich kilku zombie albo wampir Edek. Idących ludziów było całkiem sporo, niektórzy już wracali z torbami (a było dopiero około 11:30!), a na chodniku – cud! – nie było kilometrowej kolejki, jak w zeszłym roku. W środku też jeszcze nie było tak najgorzej (nie licząc jednej całkowicie zapełnionej szatni). Razem z Kingą wkroczyłyśmy do Wisły, gdzie najciekawsze wydawnictwa swe stoiska miały. Szczerze powiedziawszy, nie bardzo wiedziałam, gdzie chciałabym pójść, bo obiecałam sobie, że już nie kupię książek. No, ewentualnie jedną. Do Gandalfa dołączyły panie w ładnych sukienkach, dziwne ludziki o wielkich głowach i zwierzęta. Wojciech Cejrowski prawie stratował Kingę. Miły kolega z mojego województwa przeprowadził z nami ankietę na temat Targów. A potem poznałam Agnieszkę z Anima Libros, która towarzyszyła nam już do końca.




Zjazd blogerów w tym roku był dość ubogi – było bardzo mało osób w porównaniu z zeszłym rokiem. Byłyśmy tylko na pierwszej części, dowiedziałyśmy się, kto wygrał Złotą Zakładkę i kto został Literackim Blogiem Roku. Na chwilę wpadła Marta z tajną przesyłką dla mnie. Bardzo żałuję, że nie mogłam widzieć się z nią dłużej w tym roku <sad face>, ale miała bardzo napięty targowy grafik. Mam nadzieję, że za rok uda nam się spędzić razem więcej czasu. Granice.pl przygotowały dla blogerów upominki w postaci książek i zakładek. W przerwie między dwoma częściami zjazdu odbyła się wielka, grupowa wymiana, która przebiegła w atmosferze radości i ekscytacji.
Potem stanęłyśmy w kolejce do Remigiusza Mroza. Kinga i Agnieszka podpisywały swoje książki, a ja stałam i podziwiałam. I robiłam zdjęcia. Bardzo spodobała mi się postawa pana Remigiusza. Witał się miło z każdym czytelnikiem, z każdym starał się zamienić kilka słów (czasem więcej niż kilka), uśmiechał się i wstawał na pożegnanie. Było widać, że spotkanie z fanami sprawia mu radość. Korzystając  z magii kolejek skoczyłam na stanowisko WAM, gdzie swoje książki podpisywała siostra Anastazja i kupiłam prezent dla mojej mamy  (chociaż w sumie to też prezent dla mnie, bo i ja lubię piec ciasta). Był jeszcze Leonardo Partignani, przemiły człowiek, który moim ulubionym długopisem w gwiazdki podpisał dla mnie zupełnie przypadkowo zdobytą drugą część Wszechświatów.










A potem wszystkie poszłyśmy do więzienia. A konkretnie pojechałyśmy autobusem i tramwajem. Z przesiadką.

Blogerzy książkowi to dość specyficzna grupa społeczna. Ukrywają się pod nickami i spotykają w piwnicach z kratami w oknach. I jest im z tym dobrze, bo mogą do woli gadać, krzyczeć, śmiać się, losować książki i tańczyć rumbę na stołach. A niektórzy nawet zaczynają się ujawniać. Jak eM.
eM, która jest osobą tak pełną radości i energii, że zaraża tym szybciej i skuteczniej niż wirus zombie. Nie można się przy niej nie uśmiechać. Na blogerowym spotkaniu zostało wynalezione ojojanie, czyli sposób idealny na walkę z depresją, bólem oraz ogólnym smutkiem. Gosiarella na początku mnie nie poznała, twierdząc, że zastosowałam sprytny kamuflaż. W ogóle groziła mi przetrzepaniem skrzydełek, ale skończyło się na ogólnym przytulaniu. Na wspomnienie Gosiarelli robi mi się ciepło na serduszku i micha mi się cieszy. Bo Gosiarella to takie słodkie stworzenie z maczetą i różowymi widłami.



Naszym więzieniem dowodził Janek z tramwaju nr 4, który chyba minął się z powołaniem, bo moim zdaniem powinien mieć własny program w telewizji. Był niesamowity!

Wyszłyśmy z więzienia tak mniej więcej w połowie. Trochę szkoda, bo mogłabym tam siedzieć nawet i do rana. Razem z Gosiarellą, eM, Agatą i Gabrielle udało nam się przejść bezpieczną stopą przez Krakowski Rynek i Planty. Nikt nie próbował nas zamordować ani porwać dla okupu. Ani ukraść książek. A gdyby spróbował, pewnie skończyłby niezbyt szczęśliwie, bo moja torba z książkami ważyła jakieś 10 kilo. I miałyśmy przewagę liczebną.





Bardzo dziękuję wszystkim tym miłych duszyczkom, dzięki którym te Targi były wspaniałe!

xoxo
LittleAngel


niedziela, 18 października 2015

Mój pierwszy EpikBox




EPIKBOX - CO TO TAKIEGO?

EpikBox to magiczne pudełeczko pełne skarbów, które mogą przypaść do gustu nie tylko książkoholikom. Puka do naszych drzwi co 3 miesiące, wywołując szeroki uśmiech i stan powszechnie znany jako 
"jaranie się". 
Każde pudełeczko zawiera jedną książkową nowość z gatunku YA oraz kilka gadżetów, które mają za zadanie uczyć czytanie jeszcze bardziej obłędnym. 



PAŹDZIERNIK = PROFESSIONAL

Październikowy EpikBox to dopiero drugie pudełeczko, jakie się u nas ukazało. Jego temat przewodni to "Professional" i właśnie pod tym względem dobierane były wszystkie cudowności.



KSIĄŻKA: Amy Tintera - Restart
 Powiem szczerze, że spodziewałam się zupełnie innej pozycji w tym pudełku. Na początku nie miałam pojęcia, co to w ogóle za książka, ale po zerknięciu na opis, przypomniałam sobie, że jednak widziałam ją w którychś zapowiedziach. Zapowiada się całkiem przyjemna, pełna akcji lektura - zwłaszcza, że bohaterowie mają numery przy imionach, a numery prowadzą nas prostą drogą do Cztery, który nie ma nic wspólnego z tą książką, ale bohaterowie-numery już chyba zawsze będą mi się z nim przyjemnie kojarzyć.


GADŻETY


Moje mini recenzje - czyli mały, słodki notesik ze specjalnie przygotowanymi stronami, żebyśmy mogli łatwo i szybko spisywać spostrzeżenia i odczucia dotyczące czytanych przez nas książek




Trzy ołówki "i love books" - żeby było czym zapisywać :D




Dwie zakładki, krótki list i znżka do epikboxowego sklepu




Herbatka Earl Grey Imperial od DMG Herbaty (swoją drogą całkiem ciekawe rzeczy oferuje ten sklep) - bo napoje wszelakie bardzo są pożądane w czasie wędrówki po książkowych światach




Kubek "Professional Bookworm" - moja gwiazda wieczoru! Kiedy zamawiałam pudełko, po cichu liczyłam, że znajdzie się tam jakiś śliczny kubeczek (Z pamiętnika kubkoholika...), możecie więc sobie wyobrazić moją radość, kiedy otworzyłam swoją paczuszkę.



EPIKBOX I JA

Jak tytuł głosi, jest to mój pierwszy EpikBox i bardzo się cieszę, że go zamówiłam. Zanim jeszcze zdążyłam wszystko dokładnie obejrzeć, już miałam ochotę na kolejne pudełko - można je będzie zamawiać od 6 grudnia, więc na pewno zamienię się wtedy w przyczajonego tygrysa. Strasznie mi się podoba cały ten pomysł z pudełkiem dla moli książkowych (ostatnio wszyscy mają swoje pudełka). Co prawda nigdy nie wiesz, co znajdziesz w środku, książka może ci nie przypaść do gustu, a żaden gadżet nie osłodzi rozczarowania i możesz żałować wydanych pieniędzy, jednak moim zdaniem, warto się czasem skusić na takie pudełko-niespodziankę. Oczekiwanie i niepewność tylko podkręcają radość z otwierania.

Najbardziej ucieszyłam się z kubeczka. Bardziej nawet niż z książki. Chociaż o książce na razie wiele nie powiem, bo muszę ją najpierw przeczytać. Herbatki jeszcze nie próbowałam, zostawiam ją sobie na specjalną okazję. Natomiast notatnik na recenzje już niedługo pójdzie w ruch, bo tak się składa, że wkrótce skończę dwie książki i trzeba będzie coś o nich napisać.



Czy polecam? Jak najbardziej! 
Więcej szczegółów znajdziecie na epikboxowej stronie. Tam też jest epikboxowy sklep, w którym można kupić fajne zakładki i nie tylko. 



xoxo,
LittleAngel


czwartek, 8 października 2015

Midnight Watching 1# : American Horror Story

Wielu z nas lubi się bać. Czuć dreszczyk emocji na skórze i zastrzyk adrenaliny w żyłach. Lubimy się bać, ale tylko wówczas, gdy jest to strach kontrolowany. Kiedy w głębi serca wiemy, że tak naprawdę nic złego nie może nam się stać. Przeżywamy przygodę, odpływamy myślami, a potem jak gdyby nigdy nic wracamy do rzeczywistości. Nikt z nas nie chce się bać NAPRAWDĘ. Po prawdziwy strach jest do bani. Prawdziwy strach wiąże się z przekonaniem o prawdziwym zagrożeniu. 

Tylko jak odróżnić prawdziwe zagrożenie od urojonego?

Jestem osobą, która bardzo lubi historie z dreszczykiem, dlatego postanowiłam stworzyć dla Was nowy cykl postów, które będą ukazywały się od czasu do czasu dokładnie o północy, a mówić w nich będę o horrorach rodzaju wszelkiego. Miłego czytania!





American Horror Story jest serialem, który powstał w 2011 roku i obecnie liczy cztery zakończone sezony i piąty, który właśnie się zaczyna. Początkowo sądziłam, że będzie to coś a'la Gęsia skórka czy Opowieści z krypty, a każdy odcinek będzie odrębną historią. Otóż nie. Twórcy bardzo mnie zaskoczyli, bo to, co udało mi się stworzyć okazało się całkiem pomysłowe, ciekawe i... mega nienormalne. 
 
 





Każdy sezon AHS to odrębna historia. Punktem wspólnym dla każdej z nich są aktorzy odgrywający główne postacie i coraz bardziej natrętnie krążące po głowie pytanie: "Co ja pacze właściwie oglądam?". 



KTO, GDZIE, Z KIM I KOGO - FABUŁA

Sezon 1 opowiada historię rodziny, która wprowadza się do nawiedzonego domu. Owa rodzina składa się z ojca-psychiatry, który miał romans ze studentką, matki-żony i kochanki , która nie chce mu przebaczyć oraz nastoletniej córki z zapędami autodestrukcyjnymi, którą ciężko jest przestraszyć. Nowe miejsce ma być dla nich nowym początkiem, który odbuduje rodzinne więzy. Tymczasem w ich życie stara się wmieszać mnóstwo dziwnych, obcych osób, ze starą służącą, która uwodzi pana psychiatrę oraz wścibską sąsiadką na czele. Mają miejsce zjawiska, które ciężko wyjaśnić, wszystko się plącze jak nitka w kłębku i w końcu nie wiadomo, kto jest już martwy, a kto jeszcze żyje.


Sezon 2 za miejsce akcji obrał szpital psychiatryczny Briarcliff prowadzony przez siostry zakonne. Do tego zakładu zostaje przewieziony seryjny morderca kobiet - Krwawa Twarz - a jeden z wybitnych lekarzy spoza ośrodka ma za zadanie ocenić stan jego zdrowia psychicznego przed rozprawą w sądzie. Mordercą interesuje się również dziennikarka Lana Winters, która dla napisania chwytliwego artykułu, włamuje się do szpitala i zostaje tam uwięziona (co, naturalnie, nie było częścią jej planu). W Briarcliff dzieją się rzeczy bardzo dziwne i przerażające, mają miejsce eksperymenty na ludziach, rzeczywistości miesza się z urojeniami, lekarze zamieniają się miejscami z mordercami, rodzą się dzieci, przylatują obcy, hasają sobie radośnie ukryci naziści, a niewinna zakonnica opętana przez diabła bruździ wesoło. Istny chaos i pomieszanie z poplątaniem.


Sezon 3 za główny motyw obrał czarownice. Młoda Zoe odkrywa w sobie dość niecodzienną zdolność - potrafi zabijać seksem. Przerażeni rodzice wysyłają ją do tajemniczego ośrodka dla dziewcząt, który okazuje się być szkołą czarownic. Nowych czarownic jest zaledwie kilka, Wielebna (przywódczyni i najpotężniejsza w Sabacie) ma wszystko gdzieś i hasa sobie gdzieś po świecie, konkurencyjny sabat uprawiający magię voodoo ostrzy sobie pazurki na niepodzielną władzę, a tajemniczy morderca zaczyna zabijać wszystkie czarownice bez wyjątku. Nasze bohaterki muszą opanować swoje budzące się dopiero zdolności, nie dopuścić, aby Wielebna uznała, że któraś jest potężniejsza od niej i ją zabiła, nie dopuścić, aby zabiła je któraś z czarownic voodoo, nie zabić się nawzajem z zazdrości lub w zemście, ochronić Sabat przed mordercą. Łatwizna.


Sezon 4 kręci się wokół cyrku dziwadeł prowadzonego przez byłą niemiecką diwę Elsę Mars, która wciąż nie traci nadziei na wielką karierę w telewizji. Bohaterami Freak Show są ludzie, z którymi los nie obszedł się szczególnie łagodnie, na których społeczeństwo patrzy jednocześnie z obrzydzeniem, litością i fascynacją. Elsa odnajduje ich, opuszczonych i samotnych, przygarnia pod swoje skrzydła, daje dom, pracę i jakiś cel w życiu. Cyrk przeżywa swoje wzloty i upadki, problemy codzienne, ale też te bardziej hm.. "krwawe", jak chociażby mierzenie się z klaunem-mordercą, rozpieszczonym bogatym dupkiem młodzieńcem, któremu mama nie pozwala zostać aktorem, więc postanawia zostać mordercą, bo życie jest takie nudne czy człowiekiem, która szuka wyjątkowości u ludzi, aby później spreparować ich ciała i sprzedać do muzeum osobliwości. Normalka.



ALE CO TU SIĘ WŁAŚCIWIE DZIEJE?

No właśnie... To pytanie, tylko w nieco bardziej dosadnej wersji towarzyszyło mi podczas oglądania każdego odcinka. Z sezonu na sezon serial robi się coraz bardziej nienormalny i aż się boję, co będzie się działo w kolejnym (zwłaszcza, że jedną z ról gra Lady Gaga).
Pod względem "straszności" na pierwszym miejscu jest sezon pierwszy. Nawiedzony dom i to, co się w nim dzieje najlepiej wpasowuje się w moje rozumienie słowa horror. Podobał mi się pomysł na całą sprawę, chociaż zakończenie nazwałabym jednak bardziej zbliżonym do bajki niż typowego filmu grozy. To, co mi w tym sezonie nie przypadło do gustu, to nadmiar seksualności. Nie, to chyba złe określenie. Sezon był momentami po prostu zbyt zboczony.
W sezonie drugim pomieszanie z poplątaniem było tak duże, że starczyłoby na sto odcinków Mody na sukces. Szpital psychiatryczny, opętana zakonnica, lekarz-morderca, lekarz-były-nazista, morderca-nie-morderca, syn-mordercy-też-morderca. I przyjacielscy kosmici lubujący się w kobietach w ciąży. Brzmi normalnie. Całkiem.
Sezon trzeci to natomiast mój ulubiony. Jak do tej pory okazał się najbardziej normalny. Szkoła dla młodych czarownic, trochę magii tu i tam, walka o władzę, wzajemne przepychanki, testy, mordowanie i wskrzeszanie. Bo nie ma to, jak dać się spalić na stosie. Dwa razy.
Sezon czwarty przypadł mi do gustu najmniej i wzbudził najwięcej negatywnych emocji. Jeden z bohaterów (Dandy) tak okropnie mnie irytował, że tylko czekałam, aż ktoś wreszcie coś z nim zrobi. Zawiodłam się na klaunie-mordercy, bo byłam pewna, że jego wątek inaczej będzie wyglądał. Podobało mi się natomiast to, że członkowie cyrku zostali przedstawieni jako jedna wielka rodzina, która wzajemnie się wspiera.Tylko, że ta rodzina dodatkowo była też mściwa i skłonna do morderstw. Cóż... wszystkiego mieć nie można.



W KILKU SŁOWACH

American Horror Story to serial dziwny, nienormalny, krwawy i zboczony. Ale i tak chcesz wiedzieć, co będzie dalej.


wtorek, 6 października 2015

Little Resume - September





Wrzesień - pierwszy jesienny miesiąc - upłynął bardzo szybko i zdecydowanie pod znakiem lata. Październik przyniósł ze sobą pierwsze powiewy zimy, ochotę na siedzenie pod kocykiem z kubkiem herbaty i oczekiwanie na jeszcze więcej książek do przeczytania.

Mój wrzesień minął pod znakiem sześciu - tyle bowiem książek przeczytałam tym razem.





"Ty jesteś moje imię" czyli historia miłości mojego ulubionego poety okazała się bardzo wzruszającą pozycją, napisaną poetyckim językiem. "Szklany Tron" - wstęp do serii o zabójczyni Caelenie Sardothien, której imienia przez długi czas nie potrafiłam wymówić - podobał mi się ogromnie. Była to książka zabawna, ciekawa i wciągająca, z oryginalną główną bohaterką, która podbiła moje serce. "Ender" - zakończenie dylogii o wynajmowaniu ciał - okazał się trochę nijaki. "Tease" - kolejna powieść dla młodych czytelników poruszająca problem przemocy - bardzo mi się podobała. Była taka... inna. Wkrótce postaram się napisać o niej kilka słów, bo naprawdę warto ją przeczytać. W końcu udało mi się też dorwać jedną z książek sióstr Brontë. "Jane Eyre. Autobiografia" nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak przypuszczałam, ale też nie miałam odpowiednich warunków, aby się nią odpowiednio delektować i mam wrażenie, że przeczytałam ją za bardzo "w biegu". "Alchemię miłości" wygrałam w konkursie u Amelii. Lektura może niekoniecznie przełomowa, ale bardzo, bardzo przyjemna. 




Książki w liczbach:

6 książek - 2653 stron - 88 stron dziennie




Blogowe życie:

♥  Recenzja "Starter"




A jak Wam minął wrzesień?